Jak nam mijają ostatnie miesiące

IMG_6600

Jesteście tak kochane, że mam ochotę Was wszystkie przytulić (to na pewno wina hormonów) – dziękuję Wam za wszystkie miłe komentarze tutaj, na fejsie i w prywatnych wiadomościach. Wymiatacie!

Skoro twierdzicie, że nie zanudzi Was nasze nudne życie – oto update. Jak się żyje z Turkiem w Polsce 3,5 roku po przeprowadzce do Polski, z prawie rocznym (aaa!) maluchem.

Żyje się w sumie fajnie, chociaż trochę się ostatnio działo. H. przed przeprowadzką zaczął pracować na odległość w zagranicznej firmie i to ta praca umożliwiła nam przeniesienie się z Turcji do Polski. Miał też swoją turecką firmę, lokalne projekty i stałych klientów. Teraz nadal pracuje na odległość dla tej samej firmy i to jest główne źródło naszych rodzinnych dochodów, za to nie ma już tureckiej firmy. Mój szalony mąż postanowił za to otworzyć firmę w Polsce! Od listopada bujamy się więc z ZUS-em, Urzędem Skarbowym i paroma innymi instytucjami, bo nagle każdy dokładnie chce sprawdzać kim jest ten Turek i czy na pewno wszystko z nim ok. Założenie firmy przez Polaka zajmuje ponoć kilka minut, nam zajęło to mniej więcej dwa-trzy tygodnie. Podzielę się z Wami moim osobistym hitem z tego czasu – dzwoniłam do jakiegoś urzędu/ministerstwa w Warszawie spytać dlaczego firma nadal nie jest widoczna w systemie, chociaż rejestrowaliśmy ją w urzędzie gminy ładnych kilka dni wcześniej. Pan spytał skąd mąż, powiedział, że sprawa utknęła na etapie “potwierdzania narodowości”, po czym spytał skąd jestem. -“Z Poznania”. “- No tak, ale skąd Pani pochodzi?”, -“Z Poznania!” – “Ale jakiej jest Pani narodowości? Ma Pani taki dziwny akcent”. -” Jestem z Poznania!!!”. (Nie wnikajmy w to, co w tym momencie cisnęło mi się na język biorąc pod uwagę powszechnie znaną przyjaźń poznańsko-warszawską 😉 )

W ogóle ostatnio dużo mamy wspólnego z różnymi poważnymi instytucjami. Odbieraliśmy prawo jazdy i kartę pobytu, potem zdecydowaliśmy, że kupimy Młodej z okazji urodzin kawałek ziemi za becikowe i pieniądze, które dostaliśmy z ubezpieczenia. H. jarał się, że zostanie potentatem ziemskim, ale okazało się, że zakup ziemi przez obcokrajowca nie jest niczym prostym i ostatecznie nieruchomość została zarejestrowana na moje nazwisko. Przy okazji uznaliśmy, że to dobry moment, żeby budować sobie zdolność kredytową na przyszłość i tutaj mieliśmy następny problem – H. zarabia za granicą i to, że co miesiąc od trzech lat dostaje wypłatę na polskie konto dla nikogo nic nie znaczy. Kupiliśmy też samochód – jak już H. udało się znaleźć ten wymarzony model okazało się, że bez historii ubezpieczeń w Polsce jego składka wynosiłaby ponad 5000 zł, więc mój tata jest współwłaścicielem auta. Niby nic, ale fakt, że nawet sam nie może (no dobra, może, ale rozumiecie o co chodzi) mieć swojego samochodu trochę niefajnie wpłynął na jego ego prawdziwego tureckiego macho.

Możecie sobie wyobrazić, że wszystkie te sytuacje powoli frustrowały H. – kumulacja nastąpiła przed Bożym Narodzeniem, kiedy okazało się, że wielka międzynarodowa firma, z którą H. zaczął współpracować w ramach działalności swojej polskiej firmy zupełnie inaczej traktuje towary z Polski niż towary z każdego innego miejsca w Europie. Czekał na jakieś decyzje długie dwa tygodnie, gdzie średnia dla Europy to może maksymalnie trzy dni. A na koniec FedEx dał ciała z dostarczeniem mojego prezentu świątecznego i jak H. pojechał na koniec miasta do ich magazynu usłyszał, że “pchał się do Polski to niech się nauczy jak to w Polsce jest”.

Przez parę dni słyszałam “jak tak dalej pójdzie to się stąd wyprowadzamy, mam dość!”, ale już jest lepiej. H. napala się na wiosnę i powolne ogarnianie naszych “łąk, rowów i nieużytków”, ogląda drewniane domki i chyba zostanie klientem miesiąca w Castoramie. Uczy się jeździć po śniegu i powoli wraca mu radość życia. Od sierpnia chodzi na kurs polskiego – najpierw miał normalne zajęcia w szkole językowej, ale jego nauczycielka przeprowadziła się do Gdańska, więc od stycznia uczy się z nią przez Skype’a. Co chwilę słyszę pytania w stylu “czy tutaj używacie dopełniacza? a wiesz, że w tym i tym przypadku używacie biernika?” i powoli dostaję na łeb od ciągłego powtarzania przypadków, ale widzę, że H. już coraz więcej rozumie, a moja babcia szaleje z radości, bo w końcu może z nim zamienić kilka zdań, które nie ograniczają się do ciągłego “smakuje ci?” – “smakuje”.

A ja? Ja w tym momencie kończę urlop macierzyński i będę zaczynać urlop wychowawczy. Przeraża nas wizja żłobka, ale na szczęście jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, w której możemy sobie pozwolić na utratę jednego dochodu, więc prawdopodobnie do rozpoczęcia przez Młodą przedszkola będę ev hanımı. Dzięki temu, że nadal jestem zatrudniona jesteśmy ubezpieczeni w ZUS (chociaż odkąd H. ma swoją firmę i opłaca ZUS nie jest to aż tak istotne) i mamy prywatne ubezpieczenie w Medicoverze, które za parę miesięcy po prostu sami będziemy sobie opłacać. Medicover bardzo się nam sprawdza – H. poszedł do paru lekarzy, do których wybierał się od lat, każdy z nich mówił po angielsku.

Ale wiecie co mnie cieszy najbardziej? To, że pani z piekarni nas wszystkich kojarzy, kiedy H. prosi o “trzy buwka” poprawia go i mówi “trzy bułki”, że kojarzymy sąsiadów, a oni kojarzą nas. Że moja siostra przeprowadziła się do bloku obok i mamy z nią i jej chłopakiem naszą własną, malutką komunę i wymieniamy się foremkami do ciasta albo robimy sobie nawzajem zakupy przy okazji. Mamy jakąś taką swoją przytulną bańkę. Co parę dni albo tygodni coś nas wytrąca z równowagi, wkurza i sprawia, że zaczynamy marzyć o przeprowadzce do jakiejś wiochy w Portugalii, ale potem wszystko wraca do normy.

A następnym razem postaram się jakoś taktownie ogarnąć temat religii, chrztu, języka i tego typu okołodzieciowe rzeczy. Powiem Wam też co Turek robi przy dziecku, a czego absolutnie nie chce robić 😉

Tradycyjnie – osobisty wywód po przerwie

IMG_9310
Mam problem. Nie do końca wiem co zrobić z tą przestrzenią.

Kiedy mieszkałam w Stambule “Turczynki” pomogły mi znaleźć i utrzymać wiele świetnych przyjaźni, zawdzięczam tej stronie to, że nie oszalałam, że miałam powód, żeby ruszyć tyłek i wyjść z domu, pojechać w różne części miasta, poznawać nowych ludzi, wyskakiwać na kawę i mieć jakieś swoje życie poza H. i jego znajomymi. “Turczynki” dały mi niezależność i zajęcie, kiedy potrzebowałam tego najbardziej na świecie.

Dziewięć lat temu myślałam, że jeśli zwiążę się z Turkiem to już całe moje życie będzie się kręciło wokół tematów “jak zrobić obiad bez wieprzowiny”, “czy jego rodzina mnie zaakceptuje?!”, “jak pogodzić różnice kulturowe?”. Ale wiecie co? O żadnej z tych rzeczy nie pomyślałam już od paru ładnych lat. Jedynym elementem, po którym można poznać, że jesteśmy małżeństwem mieszanym jest chyba kuchnia – koło kaszy jaglanej i gryczanej mamy bulgur, a w szufladzie z przyprawami koło majeranku stoi pul biber. No, teraz jeszcze zabawki i książeczki Młodej – Szczeniaczek Uczniaczek jest u nas w wersji tureckiej, a mama H. podesłała nam kilka tureckich opowiadań.

To teraz wróćmy do pierwszych dwóch zdań tego wpisu – są dwie sprawy. Po pierwsze nie wiem o czym pisać. Większość urzędowych bzdur mamy z głowy (a trwa to wszystko tak długo, że na przykład od czasu złożenia przez nas wniosku o wymianę prawka do odebrania gotowej karty zdążyły się zmienić przepisy, więc w niczym Wam już nie pomogę), do Turcji z różnych względów nie latamy (ostatnio byliśmy tam we wrześniu 2015), turecka rodzina też się nie kwapi, żeby do nas przyjeżdżać, więc anegdot brak. Jesteśmy tak normalni i nudni, że każda osoba, która jest od niedawna zafascynowana Turcją będzie czytać i ziewać. Albo od razu stąd ucieknie. A nie wiem czy osoby, które tutaj regularnie zaglądały też się nie zanudzą jeśli uznam, że może warto tutaj czasem coś napisać. I tak oto przechodzimy do “po drugie”. Bo poza brakiem pomysłów problemem jest też brak ochoty. Młoda jest niesamowicie wymagającym dzieckiem, w życiu nie myślałam, że takie dzieci w ogóle istnieją, ja sobie z tym nie do końca radzę psychicznie i budzę się (po nieprzespanych od 10 miesięcy nocach) i rzucam sobie wyzwanie – “nie płacz do 8″, potem “nie płacz do 12″, potem “byle do 15″ (wtedy H. zabiera ją na spacer). I jak zostaję na chwilę sama to wolę siedzieć przed telewizorem i szamać żelki niż robić coś, co wymaga uruchomienia mózgu. Ale żal mi tego miejsca i mam ogromne wyrzuty sumienia, że leży takie zapomniane i zaniedbane.

Dlatego teraz pytanie do Was – czy jest coś, co Was interesuje? Nie chcę z tego miejsca robić dzieciowego bloga, bo ledwo własne dziecko ogarniam (albo i nie), więc nie mnie dawać komukolwiek rady, ale jeśli interesuje Was jak rozwiązujemy niektóre kwestie, to walcie śmiało. Niedzieciowe kwestie, które mnie nie przyszły do tej pory do głowy też jak najbardziej mile widziane. Może dacie mi po raz kolejny kopa w tyłek i powód do ogarnięcia się :)

Tylko ostrzegam – jeśli zejdziemy na wrażliwe tematy to wszystkie chamskie albo podjudzające komentarze będą usuwane wedle mojego uznania. Nie jestem muzułmanką, nie mam zamiaru bronić islamu, ale nie uważam, że bycie z Polakiem-katolikiem i życie w przykładnej katolickiej rodzinie z chrztem, komunią, bierzmowaniem i mszą co niedziela to szczyt marzeń (albo tym bardziej obowiązek) każdej Polki. Więc jeśli się z tym nie zgadzasz – na pewno są miejsca w internecie, w których Ciebie wysłuchają i zrozumieją. To tak na szybko po lekturze zaległych komentarzy.

Ciąża z Turkiem u boku

IMG_2310

Miało być coś zupełnie innego – chciałam Wam napisać trochę o wymianie tureckiego prawa jazdy na prawo jazdy międzynarodowe albo chociaż o naszych doświadczeniach z drugą kartą pobytu dla H., ale urzędy mają czas i na oba dokumenty nadal czekamy (na prawo jazdy od końca października, na kartę od połowy listopada). Więc o tym pogadamy jak już oba kawałki plastiku będą fizycznie w naszych rękach. Poza tym niedawna malutka burza na “Turczynkowym” fejsbuku uświadomiła mi, że teksty o tym, że Turek to normalny człowiek, a nie tłamszący nas na każdym kroku tyran nadal są potrzebne. Bo wiecie, ja naiwnie myślałam, że już wszyscy się znudzili tematem i oswoili z myślą, że dziewczyna/narzeczona/żona Turka nie wyróżnia się z tłumu podbitym okiem i śladami po łańcuchu albo sznurach na nadgarstkach (czymś trzeba nas do tego kaloryfera przywiązać, prawda?), a tu się okazuje, że jednak nie. [Chociaż kurde, dwa dni temu oparzyłam się przy wkładaniu chleba do gorącego piekarnika i mam teraz cudowną plamę na przedramieniu, więc może coś jest w tych okaleczonych kobietach muzułmanów? 😉 ]

Te dwa czynniki i to, że Młoda zaraz będzie zupełnie donoszonym małym człowiekiem są więc pretekstem do tego, żeby powiedzieć Wam trochę o tym jak mi się jest w ciąży z Turkiem u boku. Spoiler – chyba całkiem normalnie.

Od samego początku ciąży H. uznał, że jestem zrobiona ze szkła i nie mam prawa niczego dźwigać. Przykładzik – poszliśmy z moim tatą i H. na rynek, kupiliśmy dużo różnych rzeczy (słoiki z ekologicznym rosołem, miód, kilka serów itd.), ale wracałam do domu z jednym (!) pomidorem w siatce. Tyle udało mi się wywalczyć. Do Turcji leciałam z malutką walizką, która ze spokojem przeszłaby jako bagaż podręczny, a i tak na każdych schodach H. stanowczo zabraniał mi wnoszenia tego maleństwa i sam leciał najpierw ze swoją olbrzymią walizką, a później wracał po moją. Z czasem trochę się uspokoił i teraz mogę już swobodnie robić zakupy, ale za wszystko, co przekracza jego prywatną dopuszczalną granicę dźwigania dostaję za każdym razem opierdziel.

Jest ze mną na każdym USG (chociaż jak sam przyznaje jest to dla niego czarna magia i niewiele z tego rozumie), był na omawianiu wyników badań genetycznych pod koniec pierwszego trymestru, dzielnie chodzi ze mną co miesiąc na pobieranie krwi, trzymał mnie za rękę kiedy kręciło mi się w głowie po badaniu obciążenia glukozą. Ba! Udało mi się go nawet namówić do tego, żeby sam też zrobił sobie morfologię krwi (w końcu zaraz będzie tatą i ma być zdrowy)! Prawie zemdlał i pielęgniarka stosowała wobec niego te same sztuczki co wobec trzylatków, ale przeżył!

Przez pierwsze miesiące towarzyszył mi w łazience, kiedy miałam mdłości – ja zdychałam nad toaletą (ewentualnie nad umywalką, która jest 30 cm bliżej drzwi), a on przynosił mi wodę, trzymał włosy, podtykał papier i głaskał po plecach.

Ale chyba najbardziej imponuje mi tym, że w momentach, w których ja panikuję i jestem pewna, że przez to dziecko na bank zbankrutujemy, rozwiedziemy się i w ogóle świat się zawali z hukiem godnym taniego kina akcji, a my wychowamy potwora, on jest bardzo spokojny. Ale nie tak wkurzająco spokojny, że jedyne, na co mam ochotę to rzucenie nim o ścianę. Praktycznie spokojny. Kiedy panikuję o pieniądze – otwiera plik w excelu, w którym mamy profesjonalnie rozpisany budżet na wyprawkę (w trzech matematycznie sprecyzowanych wariantach uwzględniających cenę okazyjną, standardową i najwyższą możliwą plus jakąś magiczną kwotę “ubezpieczenia” całego budżetu – nie pytajcie, to on jest matematykiem w tym związku). Dzięki temu wiem, że on jest na to wszystko przygotowany i pieniądze to naprawdę coś, o co ja nie muszę się martwić. Chodził ze mną na zajęcia w szkole rodzenia i pomagał mi w przygotowaniu planu porodu. Kiedy ryczę, bo roztopione masło wylało mi się na kuchenkę (elektryczną, a masła była może jedna łyżeczka) albo zupełnie nic się nie stało, a ja po prostu muszę histerycznie się wypłakać on upewnia się tylko czy to hormony i już o nic nie pyta, tylko przytula. Nie przewraca oczami na widok piętnastego kocyka i nie pyta, czy na pewno potrzebujemy w szafie kolejnej różowej sukienki, nie rzuca głupich komentarzy o marnowaniu kasy albo o tym, że Młoda się jeszcze nie urodziła, a już ma więcej ciuchów niż my oboje razem wzięci, dzielnie dźwiga kartony wypełnione ciuszkami w większych rozmiarach i upycha je wysoko w szafie i na szczęście jeszcze nie reaguje alergicznie na kuriera, który odwiedza nas baaaardzo regularnie.

Sielanka i nuda, prawda? Może jestem bardzo naiwna i jeszcze się mocno zdziwię, ale już od dawna nie patrzę na H. jako na Turka i muzułmanina, to są jakieś zupełnie nieważne detale, które bardzo naturalnie wpisały się w nasz sposób życia. Znamy siebie nawzajem, znamy swoje rodziny, bardzo po amerykańsku jesteśmy drużyną i wychodzimy z założenia, że psy szczekają, a karawana idzie dalej i najważniejsze jest to, żebyśmy my się zgadzali i żeby nam było dobrze razem, a cała reszta świata może mieć swoje własne poglądy. I tego oczekiwałabym od swojego faceta niezależnie od jego narodowości, religii czy koloru skóry.

Te z Was, które to wszystko wiedzą, bo same są w normalnych, zdrowych związkach pełnych nudy i sielanki bardzo przepraszam za pisanie o oczywistych sprawach :) Tym z Was, które wybaczają swoim Turkom durne zachowania może dałam przykład na to, że facet to facet i jak jest porządnym kolesiem to nie trzeba mu niczego z żadnego powodu wybaczać, ani religia ani kultura nie zwalniają z bycia przyzwoitym, wspierającym i szanującym nas człowiekiem. A tym z Was, które uważają, że każdy muzułmanin to zło może chociaż trochę udowodniłam, że można wśród ludzi wychowanych w innej religii znaleźć całkiem nudne egzemplarze, które nie będą raczej nigdy tematem na artykuł w “Fakcie” czy odcinek w “Dlaczego ja?”.

A na koniec (dla wszystkich z Was, które są tak samo ciekawskie jak ja) wątpliwej jakości bonus w postaci jakże oryginalnego i profesjonalnego selfie w lustrze z dzisiejszego poranka 😉 miłego weekendu!

IMG_2321

Cześć po długiej przerwie!

mosque
Nie do końca wiem co i jak napisać po tak długiej przerwie w prowadzeniu tej strony, żeby nie wyszło pompatycznie albo po prostu słabo. Ale mam nadzieję, że w razie czego wybaczycie!

Od dłuższego czasu do granic możliwości irytowało mnie (i w sumie nadal irytuje) tureckie cwaniaczenie, bylejakość i zamiatanie syfu pod dywan, a nasze wesele tylko to pogłębiło i mam wrażenie, że po prostu potrzebowałam porządnego odwyku. Ostatecznie utwierdziłam się też w przekonaniu, że Turcja nie jest moim miejscem na ziemi – w tym roku byliśmy w Stambule wspólnie dwa razy i w obu przypadkach z ulgą wracałam do naszego nudnego, uporządkowanego życia w Polsce. Myślę, że wyrabiamy sobie powoli tryb życia, który nam bardzo pasuje – jesteśmy na stałe w Polsce, ale na tyle często w Turcji (H. był tam też raz beze mnie), że nie mamy czasu porządnie zatęsknić za turecką rodziną, znajomymi, jedzeniem czy widokami. Potrafimy docenić odskocznię od naszego codziennego życia, naładować się na zapas wszystkim tym, co w Stambule pozytywne, przywozimy sucuk, zupy, bulgur i suszone morele i jest nam tak zwyczajnie i po prostu dobrze.

Drugim, bardzo prozaicznym powodem dla którego miałam tak długą przerwę w pisaniu była praca. Po leniwych latach w Stambule i prawie roku w Poznaniu w końcu miałam stałe zajęcie i szybko wyrobiliśmy sobie z H. rozkład dnia, który idealnie się u nas sprawdzał – wspólne śniadania, potem moja praca, po powrocie do domu spacer, zakupy, wspólne gotowanie obiadu na następny dzień, serial albo film i spanie. Brzmi to wszystko beznadziejnie nudno, ale przez ponad rok taki rytm dnia był dla nas jak ciepłe, rozklapane kapcie – niby wiesz, że szału nie ma, ale z drugiej strony po co zmieniać coś, co się tak cudownie sprawdza?

baby announcement

Jeśli śledzicie mnie na instagramie to wiecie, że niedługo znowu wszystko się u nas zmieni. Na przełomie lutego i marca ma się urodzić nasza pół-Turczynka (i tak przy okazji – kto się przyłącza do mnie i twierdzi, że młoda pojawi się na świecie 29 lutego? 😉 przyjmuję zakłady!). Moja teściowa już teraz szaleje, dlatego jestem pewna, że dostarczy mi wielu cudownych tematów do tego, żeby się Wam wyżalać, komentować jej pomysły i pytać Was o radę. I tak, obowiązkowy element wyprawki tureckiego noworodka, czyli kamizelka, już na nas czeka.

Kolejna sprawa – nie wiem jak to zrobiłyście, ale na facebooku “Turczynki” mają ponad półtora tysiąca fanów! Zostawić Was na chwilę same! 😉 dziękuję, że nie uciekłyście nawet wtedy, kiedy mnie nie było, nie wyobrażacie sobie jak fajnie jest wiedzieć, że są inne dziewczyny w podobnej sytuacji i zawsze znajdzie się ktoś, kto zrozumie problemy z urzędami, teściowymi, samolotami, wizami i całą masą innych rzeczy. To miejsce ma być dla nas wszystkich, nigdy nie miałam w planach, żeby to był mój osobisty blog ze zdjęciami mojego śniadania (od tego mam instagram 😉 ) albo głębokimi przemyśleniami na temat pogody za oknem, dlatego będę bardzo wdzięczna za podpowiedzi z Waszej strony. Jeśli jest coś, w czym mogę Wam pomóc, wyszperać jakieś informacje albo podzielić się z Wami jakimiś konkretnymi doświadczeniami to dajcie znać. Nie chciałabym też, żeby ta strona stała się okołociążowo-dzieciowo-mamowym blogiem, bo jestem za cienka w uszach na takie tematy i po prostu się nie znam. Chętnie Wam kiedyś powiem co się u nas sprawdzało, co nie, o co walczymy z teściową i całą turecką rodziną, a co nam przychodzi z łatwością, ale postaram się nie wciskać młodej w każdą dziedzinę swojego życia. Ale jeśli macie jakieś sugestie – walcie śmiało, chłonę wszystko jak gąbka :)

Wielka turecka porażka, czyli nasze wesele

Jak by tu zacząć po tylu miesiącach ciszy? Może bez żadnych specjalnych wstępów, przejdźmy od razu do rzeczy.

focisze

Nasze tureckie wesele było kompletną klapą. Chyba nigdy nie zapomnę jak następnego dnia obudziłam się i byłam przekonana, że zaraz zacznę wymiotować – nie dlatego, że impreza była tak przednia tylko dlatego, że wstydziłam się spojrzeć w oczy tym wszystkim ludziom, którzy dla mnie przejechali tysiące kilometrów. Prawie natychmiast się rozpłakałam i zaczęłam na głos myśleć czy może nie powinnam mojemu tacie oddać kasy za suknię ślubną. Rozczarowanie, wstyd, zażenowanie – fajna sprawa na dzień po weselu, co?

Nie miałam wygórowanych oczekiwań co do tego dnia, nie jestem jedną z dziewczyn, które żyją dniem ślubu od mniej więcej czwartego roku życia. Dla mnie (i dla H. oczywiście, bo ustalaliśmy wszystko razem) wystarczyło znaleźć ładne miejsce, mieć coś do jedzenia, trochę muzyki do zabawy i ludzi. Cieszyliśmy się, że będziemy mieli okazję zobaczyć wszystkich naszych bliskich znajomych i obie rodziny w jednym miejscu, że będziemy mogli przedstawić sobie parę osób, które pewnie już się nigdy nie spotkają. Zdawaliśmy sobie również sprawę, że na odległość tak czy siak nie będziemy w stanie przygotować cudownego wesela z mnóstwem uroczych detali, nasza turecka rodzina pomogła nam w zaklepaniu miejsca (które oboje dobrze znaliśmy), całą resztą mieliśmy zająć się z Polski albo już po przyjeździe do Turcji. I jeszcze na kilka godzin przed weselem byłam pewna, że nie będzie to może ślub stulecia, ale przyjemna, miła impreza.

Pisałam ten post już chyba trzy razy i nie do końca wiem jak opowiedzieć Wam o tym wszystkim co poszło źle, nie ma też sensu opisywanie wszystkiego dokładnie i ze szczegółami, dlatego w skrócie – siostra H., która zgłosiła się do bycia naszym szoferem w ciągu dnia nagle miała milion ważniejszych rzeczy do zrobienia niż zawiezienie mnie do fryzjera, dlatego na miejsce imprezy przyjechaliśmy z niemałym poślizgiem, paru “przyjaciół” H. w dniu wesela zadzwoniło i powiedziało, że nie przyjdą (najlepszy motyw? “nie mogę przyjść, bo żona zapomniała kluczy do domu”), koleś zajmujący się muzyką “zgubił” naszą pierwszą piosenkę, a potem puszczał dosłownie pięć utworów w kółko (tak, zwracaliśmy mu uwagę, nie, nie dotarło do niego, że jest jakiś problem), maszyna do donera się zepsuła, a później kelnerzy roznosili jedzenie w takim tempie i z taką świetną organizacją, że w pewnym momencie sama pomagałam im roznosić talerze, tort przyszedł ze złymi inicjałami (ale jaki to problem, bitą śmietaną w spreju zmienimy S na H), przywiezione przez nas z Polski oscypki trafiły tylko do połowy gości (do tej pory nie wiem dlaczego), a 6kg krówek nigdy nawet nie pojawiło się na stołach (siostra H. zapomniała, że ma je w samochodzie), wysiadły bezpieczniki, potem zepsuły się głośniki i każda piosenka trwała mniej więcej minutę, później następował okropny pisk i cisza. I tak w kółko. Gdyby to była polska impreza wznosiłabym toast za każdym razem kiedy urywała się muzyka, a tak zaczynałam tylko meksykańską falę. Sama.

Rozczarowało mnie też podejście naszej tureckiej rodziny do tematu. Od lat słyszałam o tym, że cała rodzina miała nam wyprawiać ślub, bałam się czy będę miała cokolwiek do powiedzenia w tym temacie, bo w całą imprezę miało być zaangażowane co najmniej pół Stambułu i kilka okolicznych wsi. Wszystkie możliwe kuzynki i ciotki miały się zająć przygotowywaniem sałatek i pilavu, jeszcze ktoś inny obiecywał samochód z tradycyjnymi tureckimi ozdobami, ktoś inny miał się zająć dekoracjami. Dziadek już oszczędzał na suknię dla mnie i złoto dla jedynego ukochanego wnuczka. I naprawdę nie chodzi o to, że jestem pazerna, nie lubię po prostu głupiego gadania, obiecanek i taniej pokazówki. Nie twierdzę, że poradziliśmy sobie ze wszystkim sami, bo to by było niewykonalne, zarówno finansowo jak i organizacyjnie, ale osoby, które najbardziej nam pomogły najmniej się z tym obnosiły.

DSC_6917

Oczywiście po drodze wyszło jeszcze kilkadziesiąt innych drobiazgów, które nie pomogły, a wręcz dolały oliwy do buzującego we mnie ognia. Pod koniec imprezy modliłam się o to, żeby DJ skończył już puszczać muzykę i żeby wszyscy poszli do domu (a my z paroma najbliższymi osobami mieliśmy jechać do domu na after party, gdzie czekała na mnie mocno potrzebna mi w tamtej chwili butelka Martini). Imprezę skończyliśmy kłótnią z właścicielem restauracji, który nie widział problemu w tym, że panna młoda w białej sukni roznosiła kebaba gościom, bo kelnerzy byli nieogarnięci i domagał się dla nich 500TL napiwku (twierdził też, że wszystko byłoby dobrze gdyby napiwek dostali z góry – ciekawa jestem czy wtedy by nie szamali tortu ukryci za lodówkami). Wyszłam życząc panom dobrej nocy i mówiąc, że w każdym cywilizowanym kraju napiwek dostaje się po dobrze wykonanej pracy, a nie w ramach haraczu przed pracą, za którą panowie tak czy siak pieniądze przecież dostają.

Do domu na nasze after party dotarłam w stanie histerii z makijażem, który spłynął mi do cycków (serio, nie przeginam, siostra zagoniła mnie do łazienki zaraz po przyjściu do domu i tusz do rzęs miałam na dekolcie).

Wnioski z tego dnia? Mam zajebistych znajomych i rodzinę, wszyscy, którzy przylecieli do Stambułu starali się mnie wspierać, nie marudzili, nie narzekali, pomagali mi rozkręcać imprezę i robili z siebie debili na równi ze mną, żeby odwrócić uwagę od tego wszystkiego, co się sypało dookoła. Z drugiej strony wiem, że jeśli chodzi o turecką stronę to jeśli nie zrobię czegoś sama to nie będzie to zrobione, a jak coś się uda to do udziału w tym sukcesie wszyscy będą chętni. Pociesza mnie tylko fakt, że 90% problemów i tak byśmy wcześniej nie wykryli, wszystkie rzeczy wyszły w ciągu dnia i nie z naszej winy i nawet gdybyśmy poświęcili więcej czasu, energii i pieniędzy i tak żadnej z tych wpadek raczej byśmy nie byli w stanie zapobiec. Mam tylko nadzieję, że może jest (albo powinno być) jakieś powiedzenie w stylu “im gorsze wesele tym lepsze małżeństwo” :)

DSC_6844

Mam nadzieję, że teraz będę już mogła wrócić do w miarę regularnego pisania. Od sierpnia codziennie myślę o tym, że czas się zebrać w sobie, napisać o tym głupim weselu i pójść dalej. Nadal nie jest to dla mnie przyjemny temat i czasami czuję nieprzyjemne kłucie w żołądku na myśl o tym dniu, ale staram się skupiać na pozytywnych aspektach całej tej farsy i powoli zaczynam się z tego wszystkiego śmiać (a moim znajomym dałam przynajmniej punkt odniesienia – niezależnie od tego jak beznadziejne będą inne wesela zawsze będzie można powiedzieć “oj tam oj tam, nie jest tak źle jak u Olgi 😉 ). Tym z Was, które nie uciekły przez te ostatnie miesiące bardzo dziękuję :) dziękuję też za wszystkie wiadomości i pytania o to, kiedy znowu będę się tutaj udzielać i o to, czy u nas wszystko ok :) u nas wszystko jak najbardziej ok, znalazłam pracę, więc nagle mam o wiele mniej czasu, ale mam nadzieję, że uda mi się wszystko jakoś zgrabnie połączyć i będę tutaj częściej :)

Panieński po turecku, czyli moja kına gecesi (noc henny)

kina
Pytania o noc henny zaczęły się pojawiać w rozmowach z Turkami prawie natychmiast po tym jak na mój palec trafił pierścionek zaręczynowy. Po standardowym “to kiedy ten ślub?” następowało coś pomiędzy pytaniem a uświadamianiem mnie, że “oczywiście zrobisz noc henny, prawda?”. W całym tym okołoślubnym zamieszaniu wychodziliśmy z założenia, że to nie jest impreza dla nas, a dla rodziny (głównie dla najstarszych) i jeśli to sprawi im frajdę, to niech mają, a może i Polacy będą mieli okazję zobaczyć coś ciekawego. Organizacją nocy henny w całości zajęły się mama i siostra H., dlatego zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać i byłam pewna, że coś pójdzie nie tak, ale (uwaga, spojler!) było naprawdę fajnie.

Z tego co zrozumiałam przez te kilka lat spędzonych w Turcji henną “święci się” pannę młodą przed ślubem, to samo robi się z mężczyznami przed pójściem do wojska i barankami przed zarżnięciem (wymowne, prawda?). To coś na kształt wieczoru panieńskiego, nadal zwykle zarezerwowanego tylko dla kobiet, ale z tego co zauważyłam i słyszałam coraz częściej panowie również pojawiają się na tego typu imprezach. U nas towarzystwo było od samego początku mieszane i na szczęście dla nikogo nie był to żaden problem.

Przez pierwsze pół godziny miałam wrażenie, że impreza będzie raczej przypominać stypę – dziadek, ciotki, wujkowie i sąsiadki porozsiadali się na krzesłach i tylko patrzyli na polską ekipę, która zajęła strategiczną pozycję na drugim końcu małego ogródka. Na szczęście po jakimś czasie wszyscy się rozkręcili, Turczynki nauczyły nas kilku tureckich tańców, my zrobiliśmy z siebie pośmiewisko, bo jedynym polskim tańcem, który przyszedł nam do głowy był imprezowy wąż (spoko, przynajmniej Turcy będą dalej żyć w przekonaniu, że Turcja to najwspanialszy kraj na świecie, ci biedni Polacy nie mają nawet swoich tańców narodowych, nie mówiąc już o tym, że nie potrafią tańczyć), a potem nadszedł czas na zasadniczy punkt programu, czyli hennę.

Zostałam posadzona na taborecie na na środku ogródka, zakryto mnie dużą czerwoną chustą, zgasło światło i ucichła muzyka, kazano mi zacisnąć pięści i otworzyć je dopiero kiedy moja teściowa pojawi się ze złotem. Dookoła mnie chodziło kilka dziewczyn z tacą (na której była henna i świeczki), wszystkie śpiewały piosenkę, która miała sprawić, że zacznę płakać – o dziewczynie, która wychodzi za mąż i wie, że będzie tęsknić za swoją wioską i za swoją rodziną. Mam wrażenie, że to był element całego wieczoru, który zrobił na Polakach największe wrażenie, melodia faktycznie miała w sobie coś wzruszającego i gdyby dziewczyny zaśpiewały jeszcze z trzy zwrotki pewnie bym miała wilgotne oczy, a tak tylko udawałam, że płaczę (co chwila któraś z dziewczyn podnosiła chustę i sprawdzała czy już ryczę czy jeszcze nie, ale po udawanym łkaniu dały mi spokój 😉 ). Kiedy w końcu zostałam przekupiona złotem od teściowej na jedną dłoń trafiła właśnie złota moneta i henna, na drugą już tylko henna (trzymałam ją może 20 minut, potem zmyłam, dopiero zaczyna mi schodzić z dłoni, a minęły prawie dwa tygodnie).

DSC_6595

Pamiętajcie, nie otwieramy dłoni za darmo, czekamy na złoto! ;)

Pamiętajcie, nie otwieramy dłoni za darmo, czekamy na złoto! ;)

IMG_4841

DSC_6611

Jedna z naszych znajomych powiedziała, że na swojej nocy henny rozbijała gliniane naczynie wypełnione drobniakami i cukierkami i powiedziała, że przygotuje coś takiego dla mnie. Dlatego po uwolnieniu się spod czerwonej chusty i paru beznadziejnych krokach udających taniec trzasnęłam glinianym testi o ziemię, pozbieraliśmy słodycze i kurusze i wróciliśmy do zabawy.

DSC_6639

Później było już tylko bardzo dużo tańczenia, trochę tradycyjnych i obowiązkowych na nocy henny orzeszków oraz dużo śmiechu. Myślałam, że wszyscy będą mieli dość tej imprezy po paru godzinach, a okazało się, że nie można było wygonić gości z ogródka! My zwinęliśmy się koło północy, bo to był też dzień przyjazdu mojej rodziny i znajomych i wszyscy powoli padali po dwóch dobach bez snu.

Tak jak powiedziałam na początku w spojlerze – było naprawdę fajnie. Bez spiny, bez zadęcia, bez kreacji za setki lir (chociaż mama H. kupiła sobie specjalnie na tę okazję szaloną kiecę, pytała też czy idę z nią do fryzjera – wolałam odebrać znajomych z dworca autobusowego, fryzjera olałam 😉 ), bez wynajmowania ogromnej sali, bez tradycyjnego czerwonego stroju dla mnie. Sporo naszych tureckich znajomych miało noce henny co najmniej tak samo wystawne jak samo wesele, ale to zupełnie nie nasze klimaty i my byliśmy zadowoleni z tego, co mieliśmy, czyli z fantastycznego towarzystwa i świetnej atmosfery.

Türkiye’ye hoş geldiniz!

istanbl sabiha

1. Pierwszy zapach po wyjściu z lotniska – dym papierosowy.
2. Kierowca autobusu przed lotniskiem je sobie pop keka, a opakowanie wywala za drzwi na chodnik.
3. Na śniadanie jemy pyszne, ciepłe, mięciutkie poğaçe – H. z białym serem i oliwkami, ja z żółtym serem. Simity zostawiamy na później do herbaty (ostatecznie ich nie jemy, ale dobrze wiedzieć, że są, “jakby co” 😉 ).
4. Wychodzimy na spacer, a przy bakkalu stoi gęś.
5. Przechodząc przez pierwszą możliwą ulicę prawie zostajemy rozjechani. Powtarza się to jeszcze trzy razy (musimy się przestawić na turecki tryb zmieniania stron ulicy i to szybko).
6. Na obiad çiğ köfte.
7. Wypijam z 5 szklaneczek herbaty w ciągu dnia.
8. Spotykam jakąś ciotkę H. po raz pierwszy w życiu i słyszę od niej, że jestem gruba, co wg niej jest komplementem i świetnym żarcikiem.
9. Ta sama ciotka uznała, że jestem “zimną yabanci”, bo nie miałam potrzeby przytulania się i całowania więcej niż dwa razy (powitanie i pożegnanie).
10. Przepyszny döner na kolację i ten lavaş wyciągany prosto z pieca…!

Tak, chyba jestem w Turcji 😉 Hoş bulduk :)

Po 7 miesiącach w Polsce

Myślałam, że napiszę o tym wszystkim w jakąś bardziej zgrabną rocznicę naszej przeprowadzki, powiedzmy po pół roku lub po roku, ale niech będzie 7 miesięcy. Ostatnio dużo osób pyta nas jak się nam żyje w Polsce, czy jesteśmy zadowoleni z tej decyzji, czy nie żałujemy i generalnie – jak tam u nas, więc pomyślałam, że opowiem Wam dzisiaj o naszych wrażeniach związanych z przeprowadzką znad Bosforu nad Wartę.

turek w europie

1. Mieszkanie

Jak większość z Was pewnie wie w Stambule mieszkaliśmy w trójkę w jednym mieszkaniu – H., jego mama i ja. Moja już-teściowa jest naprawdę kochaną, bezproblemową osobą, ale taki układ nie jest idealny i po pewnym czasie wkurzało mnie wszystko – to w jaki sposób trzyma ona masło w lodówce albo to, że nie wyciera rąk po ich umyciu i potem woda kapie na świeżo przeze mnie umytą podłogę. Brzmi banalnie, ale o ile naszym ukochanym jesteśmy w stanie wiele wybaczyć, to ta miłość i wyrozumiałość nie rozciąga się już na teściowe. Teraz mieszkamy sami i chyba nie muszę nikomu tłumaczyć, że od razu czujemy się swobodniej. Ważna sprawa to też to, że za pieniądze, które teraz wydajemy co miesiąc na mieszkanie w Stambule na pewno nie znaleźlibyśmy niczego podobnego.

2. Okolica

Kavacık (po azjatyckiej stronie tuż przy drugim moście) nie był najgorszym miejscem do mieszkania w Stambule. Bardzo to miejsce doceniałam, bo autobusy stamtąd jeździły praktycznie w każdym kierunku, ale bardzo denerwowało mnie to, że nie do końca były tam miejsca, w które mogliśmy sobie pójść na spacer. Jedna długa, zatłoczona ulica, jeden park, do którego nie zawsze chciało nam się chodzić i tyle. Teraz prawie pod domem mamy las, kiedy wychodzimy na spacer wieczorem mam wrażenie, że jestem nad morzem, bo zapachy są podobne (rozgrzany piasek i igły sosnowe, świetna sprawa!), jeśli nie mamy ochoty na las możemy sobie pójść na spacer po kampusie uniwersyteckim (wieczorami poza ludźmi na rolkach i rowerach prawie nikogo tam nie ma), 10 minut od domu mamy basen, z okna widzimy pętlę tramwajową (w centrum Poznania jesteśmy w 16 minut). Cisza, spokój, stosunkowo świeże powietrze – dla mnie bajka.

3. Aktywności różne, różniste

Przed wyjazdem do Stambułu uwielbiałam jeździć na rowerze, często chodziłam z rodziną na basen, spotykałam się ze znajomymi na piwo i to tych rzeczy najbardziej brakowało mi w Turcji. Piwo drogie, poza tym ludzie porozrzucani po całym mieście (a czasem znaczy to, że ode mnie do kogoś z kim chce się spotkać jest dobre 60 km), więc ciężko to logistycznie ogarnąć, zwłaszcza jeśli mieliśmy ochotę na jakieś spontaniczne spotkanie. Baseny drogie, trzeba wykupić od razu karnet na milion lat (no dobra, na parę miesięcy). Ponoć są jakieś darmowe na które wystarczy się zapisać, ale w mojej okolicy niestety takiego basenu nie znalazłam. O rowerze nawet nie myślałam, bo po pierwsze górki by mnie wykończyły, a po drugie dostałabym zawału na pierwszym skrzyżowaniu. Teraz basen mamy na osiedlu, na którym mieszkamy, pojedyncze wejście to 10 zł, H. jest pod wrażeniem, że lekcje pływania nie mają zaporowych cen (już się zapisał), że są bajery w stylu aqua aerobiku (12 zł), że można ot tak wejść i korzystać. Wypożyczalnia rowerów – całe 2,50 zł za godzinę, a okolica zachęca do wycieczek. No i fakt, że w każdej chwili możemy pojechać za granicę – H. jest informatykiem i kiedy zarezerwował sobie bilet na konferencję w Berlinie w październiku widziałam, że jest to dla niego nowość – ot tak, bez wiz, bez papierków, bez stresu może zaplanować wyjazd do innego kraju z dnia na dzień. W tym roku w październiku też z tego na pewno skorzysta.

4. Jedzenie

Kiedy dopadała mnie w Turcji latem ochota na zimne jabłkowe albo żurawinowe piwo, albo przynajmniej piwo z sokiem to aż płakać mi się chciało. Był przez pewien czas cytrynowy Efes (wcale nie był cytrynowy…), ale potem chyba zniknął, bo nigdzie go nie mogłam znaleźć. Nie mówiąc już o kiełbaskach, wędlinie, serze białym i żółtym i milionie innych drobiazgów. W Polsce są sklepy arabskie i tureckie, więc są oliwki, feta jest i mojemu H. to starcza, jest soczewica zielona i czerwona, jest ciecierzyca, herbatę kupiłam bez problemu na Allegro (czajniczek miałam już wcześniej), lubię piec, więc wypróbowaliśmy już przepis na poğaçę i simita, u znajomych jedliśmy pide, w Makro znaleźliśmy cudowny kebab, okazało się, że z dużej papryki wychodzi bardzo fajna dolma, znalazłam fajny ryż do pilavu, ayran i porządny jogurt więc jak H. ma parcie na coś tureckiego to zazwyczaj nie ma problemu, żeby znaleźć do tego składniki. Świeżych tureckich fig nic mi wprawdzie nie zastąpi, ale poza tym tragedii nie ma. Poza tym H. jest zaskoczony liczbą różnego rodzaju “tematycznych” restauracji i knajpek – są miejsca, gdzie kelnerki są przebrane w jakieś średniowieczne ciuchy, są miejsca, gdzie dziewczyny wyglądają jakby właśnie wróciły z plaży, jest mnóstwo chińskich, japońskich, meksykańskich, greckich, włoskich, tajskich miejsc, restauracji tylko z naleśnikami albo pierogami i to wszystko też jest dla H. nowością i czymś nowym i ciekawym. H. oszalał też na punkcie zdrowej i ekologicznej żywności i kiedy dowiedział się, że mamy w sklepie wybór jajek z różnymi numerkami i o co tak właściwie chodzi z tymi jajkami 0, 1, 2 i 3 stwierdził, że od teraz kupujemy tylko zerówki albo jedynki. Przy półce z chlebem to samo – mój Turek porzucił biały chleb na rzecz dobrego, żytniego chleba na zakwasie, zamiast białego cukru mamy cukier trzcinowy i ksylitol, w lodówce obok mleka stoi mleko ryżowe i kokosowe, obok oliwy olej kokosowy, na stole trzy rodzaje wody mineralnej (a nie źródlanej), w szafce obok bulguru przywiezionego przez już-teściową kasza gryczana, jaglana i pęczak. Mamy wybór, a wszystkie rzeczy, których chcemy wypróbować są stosunkowo tanie i łatwo dostępne. H. zaskakuje tylko to ilu jest pijanych ludzi na ulicach, ale widzi, że większość z nich to niegroźni, bełkoczący panowie, którzy najwyżej poproszą o kilka złotych na kolejne piwo. Dziwi go to (nazywa tych panów “walking dead”), ale chyba się do tego powoli przyzwyczaja.

5. Język

Kiedy już nauczyłam się tureckiego mogłam iść w miasto bez obaw, bo wiedziałam, że z każdym wszędzie się dogadam. Wcześniej szlag mnie trafiał, że nikt w Stambule nie mówił po angielsku (nie liczę sprzedawców na Grand Bazaarze, bo rzadko tam chodziłam 😉 ). H. nie zna jeszcze polskiego, ale sama jestem zaskoczona tym, jak łatwo da się w Poznaniu funkcjonować tylko z angielskim – H. dogaduje się z właścicielem naszego mieszkania, listonoszem, co drugim sprzedawcą w sklepie, lekarzem, kelnerem i swoim trenerem pływania. Nadal mam taki odruch, który każe mi z nim wszędzie iść i wszędzie za niego mówić, ale coraz częściej okazuje się, że jestem do niczego niepotrzebna (chlip…).

6. Praca

Ja nadal nie mam pracy i jest to temat rzeka, ale warto podkreślić to, że w Turcji nie miałam pozwolenia na pracę (i nawet teraz jako żona miałabym z tym pod górkę), H. dostał pozwolenie na pobyt i na pracę na dwa lata. Samo szukanie pracy dla niego nie było dla nas problemem – H. jest programistą i pracuje od prawie roku na odległość dla firmy w Dubaju, więc niestety nie wiem zbyt wiele na temat szukania pracy dla Turka w Polsce. Na pewno nie jest łatwo, ale przynajmniej kwestie formalne są o wiele prostsze niż dla nas w Turcji.

Nie chciałabym, żeby którakolwiek z Was pomyślała, że Turcja to piekło, a Polska to raj na ziemi. Nam się lepiej mieszka w Polsce, ale znam wiele osób, które w życiu by się nie zdecydowały na wyjazd z Turcji – każdy ma swoje priorytety, marzenia, każdemu z nas nie pasuje coś innego i każdy z nas jest w innej sytuacji – nie ma co uogólniać. Gdybym mogła sobie stworzyć swój wymarzony świat na pewno znalazłyby się w nim te cudowne tureckie świeże figi, kilka niesamowitych osób, które poznałam w Stambule, trochę tamtejszego morza i nieba, sporo przypraw, trochę promów pływających po Bosforze, sporo tureckiego uśmiechu, herbaty i suszonych na słońcu moreli. Są rzeczy za którymi tęsknię, ale na pewno nie żałuję, że zdecydowaliśmy się zamieszkać w Poznaniu, przynajmniej na razie. Jetem też pewna, że nie wyczerpałam tematu, to jest po prostu kilka rzeczy, które natychmiast przychodzą mi do głowy, kiedy ktoś mnie pyta o to jak się nam tutaj żyje.

Ciekawa jestem czy Wy jesteście zadowolone z miejsca, w którym mieszkacie, niezależnie od tego czy jest to Turcja, Polska czy jakiekolwiek inne miejsce. Myślicie, że zostaniecie tam na zawsze czy chcecie się gdzieś przenieść? Czemu? Czemu nie? Czego by Wam brakowało albo czego Wam w tej chwili brakuje? No i co na to wszystko Wasi Turcy? 😉

Wirujący derwisze w Warszawie

Większość z Was pewnie wie, że w tym roku Polska i Turcja świętują 600 lat stosunków dyplomatycznych. Z tej okazji w obu państwach odbywają się różne imprezy, a dzisiaj chciałabym Wam powiedzieć o jednej z nich – mam też kilka zaproszeń do rozdania :)

Plakat

Z okazji 600. rocznicy stosunków dyplomatycznych między Polską a Turcją 28 maja 2014 r. o godzinie 19:00 w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie odbędzie się koncert tureckiej muzyki sufickiej. Na scenie pojawią się także wirujący derwisze bractwa Mevlany.

Ceremonia Sema, którą zaprezentują wirujący derwisze daje polskiemu widzowi unikalną okazję poznania kultury i obyczajów bractwa mewlewitów, które powstało w XIII w. w Konyi, w Turcji. Założycielem bractwa był poeta mistyk, Mevlana.

Derwisze modlą się w bardzo ciekawy sposób, wirując wokół własnej osi, co wprowadza ich w swoisty duchowy trans. Widzowie podczas występu będą mogli także posłuchać muzyki sufickiej, której przewodzić będą takie instrumenty jak ney, czy oud oraz podziwiać grę świateł budującą mistyczny nastrój podczas całego spektaklu.

Organizatorem koncertu jest Biuro Radcy ds. Kultury i Informacji Ambasady Turcji. Na scenie wystąpi Zespół Tureckiej Muzyki Sufickiej z Konyi (Konya Türk Tasavvuf Müziği Topluluğu) należący do Ministerstwa Kultury i Turystyki Republiki Turcji.

Zgarnęłyście bilety w niesamowitym tempie, mam nadzieję, że zobaczymy się w Warszawie! :) Obserwujcie też profil Poznaj Turcję, tam też mają się pojawić zaproszenia na koncert!

Słodkie słówka

askim

Nie wiem jak to u Was jest, ale u nas ludzie wyłapują różne ciekawe słówka, którymi którymi się do siebie zwracamy i pytają nas o ich znaczenie i historię. Stąd pomysł na to, żeby porozmawiać trochę na temat polsko-turecko-międzynarodowych słodkich i mniej słodkich słówek i określeń.

Część z Was może pamiętać z tekstu na temat początków moich związków z Turcją i Turkiem, że po raz pierwszy do Stambułu pojechałam na wakacje dla studentów organizowane przez innych studentów. Mieliśmy wtedy kilka godzin “zajęć” z języka tureckiego – uczono nas podstawowych wyrażeń w stylu “jestem w ciąży”, “wow, ogromny!”, “poproszę jeszcze jedno piwo”, “ściągaj majtki” i “jesteś przystojny” (swoją drogą jak H. zobaczył kartkę z moimi notatkami prawie mnie z tych wakacji wypisał, stwierdził, że ludzie, którzy to organizują są co najmniej dziwni). Jednym z użytecznych wyrażeń było też słowo “kanka” – czyli nasz swojski ziom, ziomek, ziomal. I jakoś w tak w ramach żartu zaczęłam do H. mówić “kanka”, potem on też to podłapał i tak staliśmy się swoimi kankami.

Podobało mi się to o tyle, że nie jestem osobą, która idąc ulicą rzuca sobie od niechcenia tekstami w stylu “kochanie moje ty słodziutkie, dziobasku najdroższy, misiaczku mój ty najukochańszy, och!”. Słowo “kanka” było o wiele luźniejsze, mniej nadęte i trochę dowcipne. Wielu Turków dziwiło się, że możemy tak do siebie mówić, milion osób tłumaczyło, że to słowo określające braci (kan kardeşler) i że sorry, ale nie powinno się tak do ukochanej osoby mówić. Sorry, nadal tak się do siebie zwracamy.

Popularne “aşkım” prawie w ogóle się u nas nie pojawia, a jak już to raczej w momentach, w których ja dostaję głupawki. Staram się wtedy wymyślić jak najwięcej słodziutkich słówek i rzucam wiązanką w stylu “aşkım, aşkımcım, sevgilim benim, canım, hayatımın anlamı, bebeğim…” (czyli kilka odmian słowa “kochanie”, potem coś na kształt “sensie mojego życia” i “dzieciaczku mój”… tutaj zwykle moja kreatywność się kończy).

Tak naprawdę najczęściej na co dzień mówimy do siebie “kankacım” – ziomalku. Tak się już przyzwyczailiśmy do różnych odmian tego nieszczęsnego “kanka”, że myślę, że nawet H. przestało się ono kojarzyć z podstawowym znaczeniem tego słowa. Od niedawna i bardziej w ramach droczenia się ja mówię też “koca” albo “kocacım”, czyli mężu lub mężulku (jak to beznadziejnie brzmi po polsku…). Po angielsku i po polsku nadal mam jakieś wewnętrzne opory i raczej nie nazywam H. mężem, cały czas jest to dla mnie coś nowego i dziwnego. I skoro już jesteśmy przy angielskim – często mówimy do siebie “sweetie”, z czego śmieje się już pół mojej rodziny i znajomych, poza tym ostatnio coraz popularniejsze staje się określenie, które wiele Wam powie o mojej mentalności, gracji i pomyślunku – “blondie” (mój tata prawie spadł z krzesła ze śmiechu kiedy po raz pierwszy usłyszał jak H. tak do mnie powiedział kiedy jakoś wyjątkowo popisałam się inteligencją i chyba też zacznie się tak do mnie zwracać).

Powiem Wam też jak się do siebie nie zwracamy – po imieniu. H. zaczął rozmowę od “Olga” może z dwa razy w ciągu ostatnich 6 lat i za każdym razem wiedziałam, że będzie syf (i był). Ja się chyba nigdy w życiu nie zwróciłam do niego po imieniu.

Temat banalny, ale moim zdaniem bardzo ciekawy – jak do siebie mówicie? Opowiadajcie! :)

1 2 3 22