Czy Turek czuje się w Polsce bezpieczny?

DSCF5396

Co weekend staramy się spędzać jak najwięcej czasu poza domem – lubimy odkrywać nowe miejsca, nowe restauracje i przytulne kafejki, lubimy spacery nad jeziorem i w pobliskim lesie. Wczoraj chodziliśmy sobie po poznańskim centrum i byliśmy zaskoczeni liczbą patroli w różnych miejscach miasta. W momencie, w którym zaczęliśmy się zbliżać do Starego Rynku usłyszeliśmy pierwsze krzyki. Myślałam, że to kibice po meczu Lecha i nie pomyliłam się co do jednego – w tłumie byli kibice Kolejorza. Po chwili zobaczyliśmy coś takiego:

DSCF5393

Kiedy zobaczyłam ten tłum z pochodniami i flagami przez moją blond głowę przeleciało kilka myśli – uciekajmy! ogień! nacjonaliści?! jeśli tak to tym bardziej uciekajmy i nie rozmawiajmy po angielsku ani tym bardziej po turecku, żeby nie zwracać na siebie uwagi!

Potem okazało się, że pochód miał uczcić bohaterów Powstania Wielkopolskiego i nikt nie miał zamiaru palić muzułmanów na stopniach ratusza, a moje obawy były (jak zwykle) przesadzone i bezpodstawne. Panowie zaśpiewali Rotę tak, że ciary szły po plecach (chociaż trochę trudności sprawiało im wszystko poza pierwszą zwrotką), poskakali w rytm hasła “kto nie skacze ten Prusak” i poszli dalej, potem podszedł do nas uśmiechnięty pan po trzech piwach, upewnił się, że “Lech Poznań?” i tyle.

Ciekawa jestem ile z Was reaguje podobnie do mnie. Ja nie mam żadnych doświadczeń, które dawałyby mi powód do tego, żeby się o mojego Turka bać, nie spotkało nas w Polsce nic złego, nie padły w naszym ani w jego kierunku żadne głupie komentarze, nikt na nas dziwnie nie patrzył, nikt nie zaczepiał. Wręcz przeciwnie – większość osób w sklepach, kafejkach czy restauracjach natychmiast przestawia się w rozmowie na angielski, mam wrażenie, że ludzie stają się jeszcze bardziej uprzejmi, pomocni i przyjaźnie nastawieni. Ale nadal gdzieś siedzi we mnie jakiś taki dziwny instynkt, żeby na mojego H. uważać. Są dzielnice, w których wiem, że wieczorem i w nocy muszę szczególnie uważać, ale moja czujność jest na o wiele wyższym poziomie, kiedy idę z H. On sam nigdy nie narzekał ani nie mówił nic o tym, że nie czuje się bezpiecznie. Mam nadzieję, że to się nigdy nie zmieni.

Wiem, że przeginam i że to bardzo irracjonalne obawy, ale ciekawa jestem czy też tak macie? Macie jakieś negatywne doświadczenia z Polski i z Europy czy może tak jak ja nie mieliście do tej pory żadnych problemów? Boicie się o swoich Turków czy nie?

Pierścionki, obrączki

pierścionek i obrączka
W weekend moja przyjaciółka przyszła do nas pochwalić się swoim nowiutkim pierścionkiem zaręczynowym. Po ochach i achach i paru toastach zaczęliśmy rozmawiać o zwyczajach związanych ze ślubem w Turcji i w Polsce i po raz kolejny zaczęłam się zastanawiać jak ludzie w związkach mieszanych noszą obrączki i pierścionki zaręczynowe. Temat błahy, wiem, ale bardzo mnie to intryguje.

Wiem, że często (a może nawet zazwyczaj?) tureckie pary kupują obrączki już na zaręczyny, zakładają je na prawe dłonie, a w dniu ślubu te same obrączki lądują na lewej dłoni. Czasem dziewczyna dostaje dodatkowo pierścionek, czasem nie. Kiedy chodziliśmy szukać obrączek byłam bardzo zaskoczona tym, że wiele razy spotykaliśmy pary w towarzystwie swoich rodzin i cała gromadka wybierała (razem z dziewczyną!) przyszły pierścionek zaręczynowy. Ja się bardzo cieszę, że miałam niespodziankę.

Swój pierścionek zaręczynowy automatycznie założyłam na palec serdeczny lewej dłoni i aż do ślubu się to nie zmieniło – ani w Polsce ani w Turcji. H. w tym czasie nic nie nosił. Ślub braliśmy w Polsce i dlatego oboje założyliśmy obrączki na prawe dłonie, ale kiedy będziemy w Turcji prawdopodobnie będziemy je przekładać (o ile nie zapomnimy, ale jestem przekonana, że rodzina H. nam szybciutko o tym przypomni, bo przecież jak to, wyglądamy na narzeczonych a jesteśmy po ślubie!). Od czasu do czasu zakładam i pierścionek i obrączkę, wtedy obie rzeczy lądują na palcu serdecznym prawej ręki, w Turcji taka para też będzie przekładana na lewą dłoń.

Przy okazji chciałam Was też spytać o to z czego są Wasze obrączki i pierścionki. Z tego co wiem muzułmanie nie powinni, a może wręcz nie mogą nosić żółtego złota. My nie jesteśmy fanami biżuterii w tym kolorze, dlatego od samego początku wiedzieliśmy, że będziemy szukać dla siebie czegoś z białego złota. Znaleźliśmy niesamowicie proste obrączki, na widok których paru naszych tureckich znajomych stwierdziło, że widać, że nie jestem z Turcji, bo Turczynka nigdy w życiu by sobie nie pozwoliła na tak “ubogą” i prostą biżuterię. Nawet sprzedawcy w sklepach jubilerskich namawiali mnie, żebym wybrała coś bogatszego, żeby “było widać, że jestem mężatką”. Najlepiej milion kamieni i obrączka szeroka na 5cm 😉 Stanęło na tym, co widzicie powyżej i jestem niesamowicie zadowolona z naszego wyboru.

Czas na babskie ploty, jak zwykle chcę wiedzieć wszystko – jak było u Was? Kupiliście tureckim zwyczajem obrączki z okazji zaręczyn? Dostałyście pierścionki? Pomagałyście w wyborze czy była to dla Was niespodzianka? No i jak nosicie tę biżuterię? Po turecku czy po polsku? A jeśli jeszcze wszystko przed Wami to jak chcecie tę sprawę rozwiązać w przyszłości?

Totalny turecki luz

luuuuz

Staram się unikać generalizowania i naprawdę nie lubię kiedy utrwalają się głupkowate stereotypy, ale w tym temacie chyba nie ma co się oszukiwać i udawać, że jest inaczej – Turcy potrafią być wyluzowani jak nikt inny.

Przez to totalne wyluzowanie i powtarzanie, że “no problem” i że “się zrobi” o mało nie zerwaliśmy ze sobą z H. w okolicy pierwszej rocznicy znajomości. H. miał przylecieć do Polski, ja latałam po urzędach, wyrabiałam zaproszenie i wysyłałam je listem najbardziej poleconym i niesamowicie priorytetowym, a on dwa tygodnie przed datą lotu jeszcze nie miał przedłużonego paszportu. We mnie się krew gotowała i miałam ochotę gryźć i rzucać ciężkimi przedmiotami, a on się na mnie obraził, że panikuję i mam nie szaleć. Przecież jest czas, prawda? (Paszport przedłużył, wizę dostał i przyleciał, a ja go potem kopnęłam w tyłek za ten cały zafundowany przez niego stres.)

Później było jeszcze wiele sytuacji, w których ja planowałam, robiłam listy, obdzwaniałam ludzi, tworzyłam scenariusze, a on niczym się nie przejmował i już się chyba przyzwyczaiłam do tego, że zazwyczaj wszystko się układa i jest ok. Nawet sama staram się zluzować i nie przejmować się wszystkim tak jak kiedyś.

Ale piszę o tym wszystkim z jednego powodu – od października rozmawiamy i myślimy nieco poważniej o tureckim weselu. Ma się na nim pojawić kilka osób z różnych części świata, dlatego nie możemy pójść na żywioł i stwierdzić w lipcu, że w sierpniu będzie impreza na 300 osób. H. postanowił, że ogarnie ze swoją mamą i siostrą temat i wszystkim się zajmie. Jak możecie sobie wyobrazić temat leży i ciekawa jestem do kiedy poleży 😉 Ja oczywiście na każdą wzmiankę o ślubie rzucam różne sugestie, pomysły i pytam o szczegóły, po czym zawsze słyszę “ok, spytam/zrobię/załatwię” i przez kolejne dni jest cisza. Mam wrażenie, że będzie wesoło!

A jak jest u Was? Czy Wasi Turcy też mają taki luz? Jak się to przekłada na Wasze wspólne życie? Przyzwyczaiłyście się do tego, czy cały czas Was to wkurza?

Karta czasowego pobytu dla Turka

phpThumb_generated_thumbnailjpg

Czas na kolejny nudny wpis o naszych przejściach i wrażeniach związanych z wyrabianiem karty czasowego pobytu dla H. Dla mnie przez bardzo długi czas to była tak magiczna rzecz, o którą (wg internetu i wypowiedzi wielu osób) trzeba walczyć długo i uparcie, nie poddawać się, znosić upokorzenia i generalnie wyglądało na to, że łatwiej pokonać smoka niż dostać KCP, zwłaszcza w Poznaniu (gdzie rzekomo w Urzędzie Wojewódzkim pracują najgorsi z najgorszych). Internet jak zwykle kłamał 😉

Wzięliśmy ślub pod koniec października, na początku listopada poszliśmy do Urzędu ds. Cudzoziemców zanieść wszystkie dokumenty – wypełniony wniosek i jego kopie, zdjęcia, odpis aktu ślubu, ksero papierka z meldunkiem i ksero ubezpieczenia podróżnego H. Ta pierwsza wizyta zajęła nam wraz z czekaniem może 8 minut, wszyscy byli przyjaźnie nastawieni i bardzo mili. Powiedziano nam, że mamy teraz po prostu czekać na list z potwierdzeniem złożenia dokumentów oraz na wizytę dzielnicowego, straży granicznej i panów z ABW.

Zanim przyszło potwierdzenie z UW pojawił się u nas dzielnicowy – mówił trochę po angielsku, w zasadzie sprawdzał, czy H. faktycznie mieszka tam, gdzie powinien, spytał jaki jest cel pobytu w Polsce, co H. robi, potem mnie spytał czy H. nie ma problemów z alkoholem i czy mnie nie bije. I tyle – znowu 5 minut. Panowie z ABW ani ze straży granicznej nas nie odwiedzili.

Dotarły do nas dokumenty z UW, w których ostrzegano nas, że termin wydania decyzji się opóźni (bardzo mnie to wkurzyło, bo złożyliśmy dokumenty z wyprzedzeniem specjalnie po to, żeby H. nie musiał się martwić tym, że nagle nie może wyjechać z Polski, bo wiza jest nieważna a karty nadal nie ma) i poproszono nas o umówienie się na przesłuchanie – z terminem nie było problemu, umówiliśmy się tak jak nam pasowało, na tydzień po rozmowie telefonicznej.

Przesłuchanie też nie było problemem. Pytano nas właściwie o bardzo podstawowe rzeczy, których po prostu nie da się nie wiedzieć jeśli spędziło się ze swoim mężem/żoną więcej niż tydzień. Daty urodzin, wykształcenie, praca, plany na przyszłość, rodzina, wizyty w Polsce i w Turcji, jak się poznaliśmy, gdzie mieszkamy. Do tego przesłuchania nie jest potrzebny tłumacz przysięgły, nie musi być też tłumaczem tureckiego – może być angielski czy jakikolwiek inny język jakim nasz Turek się posługuje. Musimy też pamiętać, że jeśli nie zdecydujemy się na tłumacza przysięgłego to wszelkie błędy i nieporozumienia będą działały na naszą niekorzyść.

Jakieś dwa tygodnie po przesłuchaniu przyszła do nas decyzja – H. dostał pozwolenie na pobyt na dwa lata, karta była do odbioru po miesiącu.

Wrażenia? Bardzo sympatycznie, sprawnie i miło. Zapowiadanego opóźnienia ostatecznie nie było, żadnego marudzenia, głupich uwag ani niczego innego też nie było. Trafiliśmy w zasadzie na same młode, profesjonalne urzędniczki (sama byłam w szoku, bo spodziewałam się drogi przez mękę).

Jeśli Wasi mężowie występowali o karty pobytu to chętnie się dowiem jak Wy to wspominacie – mieliście jakieś problemy? Możecie zasugerować coś, na co warto zwrócić uwagę? A może Wasz przypadek był tak samo bezbolesny jak nasz?

Jaki jest Turek po ślubie?

How-to-Change-Your-Name-After-Getting-Married-

Po świątecznej przerwie spędzonej na jedzeniu, spaniu i oglądaniu zbyt wielu odcinków Homeland czas na powrót do wirtualnej rzeczywistości. Pomyślałam sobie, że przyjemnie będzie zacząć rok od tematu, który powraca jak bumerang i gdybym miała kiedyś zrobić ranking pytań, które do mnie docierają z różnych stron to to pytanie na bank znalazłoby się w czołówce. Jaki jest Turek po ślubie?

Jaki jest mój Turek po ślubie? Taki sam!

Trochę nie rozumiem ludzi, którzy uważają, że po ślubie przełączy się jakiś magiczny pstryczek i nagle będzie bajka albo totalna tragedia – facet, który był dziko zazdrosny nagle nam zaufa, facet, który nam ufał całym sercem nagle dostanie na łeb i zamknie nas w piwnicy, żeby już nigdy nikt nie mógł podziwiać naszej urody ;), leń nagle zrozumie, że ma do utrzymania rodzinę, a podrywacz dostanie olśnienia i stwierdzi, że oto znalazł tę jedną jedyną.

My jesteśmy ze sobą od prawie 6 lat i chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że jeszcze milion rzeczy wyjdzie w praniu, pokłócimy się o tysiąc drobiazgów i o wiele ważnych rzeczy, to oboje wiedzieliśmy w co się ładujemy decydując się na ślub. Wiemy jak się nam razem żyje, wiemy jak się dzielić obowiązkami i w czym sobie pomagać i dlatego ślub i czas po nim nie był dla nas żadnym szokiem.

Każda z nas wychodzi za mąż z innych powodów i w różnych momentach życia – dla niektórych to najbardziej romantyczny dzień w życiu, dla innych to po prostu podpisanie umowy i kolejny etap związku. Ja nie znam żadnej dziewczyny, która nagle po ślubie chwyciła się za głowę i stwierdziła, że jej już-mąż jest zupełnie innym człowiekiem niż tydzień, miesiąc czy rok wcześniej.

Ciekawa jestem jak jest u Was i u Waszych znajomych – znacie Turka, który nagle z obrączką na palcu zupełnie się zmienił? Na lepsze czy na gorsze? A może uważacie, że teksty w stylu “zobaczysz, po ślubie WSZYSTKO się zmieni” są przesadzone? Że ostrzeganie nas, że po ślubie facet zyska poczucie bezpieczeństwa i stanie się naszym prywatnym panem i władcą jest bez sensu? A może faktycznie trzeba uważać i kontrolować sytuację, bo po ślubie zachodzi jakaś magia i nagle mamy u boku innego faceta?

I przy okazji chciałam Wam życzyć cudownego Nowego Roku, gdziekolwiek i z kimkolwiek jesteście. Bądźcie zdrowe, szczęśliwe i spełniajcie swoje marzenia :)

Jeden związek – trzy języki

trengpl

Parę lat temu byliśmy z H. i z moimi Erazmusami na wycieczce w Kapadocji. W trakcie któregoś śniadania rozmawialiśmy w większym gronie na różne niezbyt głębokie tematy i nagle jedna z dziewczyn stwierdziła, że nie wyobraża sobie związków między osobami, które nie mają tego samego pierwszego języka. Z H. strzeliliśmy wewnętrznego focha i przez parę dni przeżywaliśmy to, że ktoś może coś takiego powiedzieć – w końcu byliśmy już w tym momencie ze sobą ponad 2 lata, bez większych tragedii i nieporozumień, oboje znamy angielski, do tego całkiem nieźle, poza tym ja się uczyłam tureckiego, więc o co kaman?

Zdaję sobie sprawę, że język jest niesamowicie mocno związany z kulturą i oczywiście wiele razy żałowałam, że H. nigdy nie będzie mógł ze mną śmiać z “Poranka kojota” czy słuchać tekstów Kultu czy Kasi Nosowskiej. Wiedziałam, że nie będziemy łapać tych samych dowcipów, że mnóstwa subtelnych aluzji kulturowych po prostu nie zauważy, i że prawdopodobnie nigdy nie będziemy w stanie w 100% złapać wszystkich drobnych smaczków naszych kultur.

Ktoś może powiedzieć, że to szczegóły, że pary mieszane wykształcają sobie swój prywatny język, dowcipy, często w ogóle nowe słowa niezrozumiałe dla otoczenia i tym wypełniają tę lukę, że te subtelne aluzje i smaczki kulturowe nie są nikomu potrzebne do szczęścia. U mnie działa to w ten sposób, że oczywiście o wszystkim mogę z H. porozmawiać, ale kiedy wiem, że chcę porozmawiać na dany temat w jakimś szerszym kontekście po prostu idę z tym do mojej rodziny albo znajomych. On robi to samo – opowiada mi o bardzo wielu rzeczach, ale jeśli ja nie wykazuję zainteresowania on po prostu zaczyna rozmawiać z Turkami. I żadne z nas nie czuje się pominięte ani wyobcowane, zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy różni i tyle.

Ostatnie tygodnie bardzo dobitnie uświadomiły mi, że mimo wszystko samą miłością i trzema zdaniami na krzyż nie da się budować związku – składaliśmy meble z Ikei, przeprowadzaliśmy się do naszego pierwszego wspólnego mieszkania, załatwialiśmy milion formalnych bzdur i w stresie trudno jest przypominać sobie różne zakurzone słówka. Dlatego (nawiązując nieco do naszej dyskusji o Turkach znad morza) nie wyobrażam sobie budowania związku z kimś, kto umie mi powiedzieć tylko tyle, że mnie kocha i że mam piękne oczy :)

Wniosek? Trzeba się cały czas uczyć. My staramy się cały czas pracować nad naszym angielskim, ja używam tureckiego jak najwięcej mogę, H. podłapuje polski i co chwila pyta o nowe słówka. Czasami robi się wesoło, bo w jednym zdaniu potrafimy użyć słów ze wszystkich tych języków. Jest dobrze, ale wiem, że z czasem musi być jeszcze lepiej!

A jak jest u Was? W jakim języku/językach się porozumiewacie? Jakie macie w związku z tym problemy, a co zyskałyście? Żałujecie czasem, że nie wychowaliście się w tym samym języku, czy już tego w ogóle nie zauważacie?

Odkrycia kulinarne w Polsce

Mój Turek nie jest jakoś bardzo wybredny jeśli chodzi o jedzenie, nie ma potrzeby jedzenia wyłącznie tureckiego jedzenia i popijania go domowym ayranem, ale jakby nie było po przyjeździe do Polski zaczął powoli tęsknić za paroma kulinarnymi drobiazgami z Turcji. W ciągu ostatnich tygodni znaleźliśmy kilka rzeczy, które bardzo podpasowały kubkom smakowym mojego H., pomyślałam więc, że podzielę się z Wami tymi odkryciami na wypadek wizyty Turka w Polsce albo jeśli same szukacie jakichś bardziej tureckich smaków.

feta czosnekpietruszka

feta oliwkiczosnek

Na początek dwie fety (zdjęcia ze strony producenta). Feta w oleju z czosnkiem i oliwkami to chyba nasze największe odkrycie, wg H. ta wersja smakuje dokładnie tak jak ser, który był przywożony ze wsi przez jego babcię, a wieś słynęła z oliwek i oliwy, więc poprzeczka była ustawiona dość wysoko. Feta w większym opakowaniu też mu bardzo smakuje, a ja się cieszę, że nie muszę się z nią babrać, bo jest w kostkach w małym koszyczku. Obie strony zadowolone – Turek i kobieta Turka polecają 😉

mascarpone

Jak już mieliśmy fajną fetę H. zaczął marzyć o kaymaku z miodem (zdjęcie ze strony Piątnicy). Myślał, myślał i wymyślił wycieczkę do Berlina po kaymak (oczywiście tak “przy okazji” 😉 ), na szczęście mój tata po kilku minutach spędzonych na Wikipedii wymyślił, że mascarpone może być czymś podobnym i żebyśmy jednak najpierw spróbowali odwiedzić sklep spożywczy, a dopiero później dworzec :) Poszliśmy, wybraliśmy jedną z tańszych opcji, którą okazała się Piątnica (żeby nie żałować, gdyby okazało się, że to zupełnie nie to) i okazuje się, że mascarpone z miodem smakuje prawie tak samo jak turecki kaymak z miodem. Pełen sukces!

antipasti

Ostatnim hitem śniadaniowym są nadziewane papryczki z Biedronki (zdjęcie stąd). Moja siostra przyniosła je do domu z okazji jakiejś imprezy, a okazało się, że biedronkowe antipasti świetne sprawdzają się jako element tureckiego śniadania na emigracji. H. jest wielkim fanem wersji z zielonymi papryczkami.

Jeśli Wy macie jakieś podobne odkrycia i znalazłyście dostępne w Polsce produkty, którymi można zastąpić niektóre tureckie specjały to koniecznie dajcie znać! Chwilowo szukam fajnego ryżu na pilav (z normalnego długiego ryżu wyszedł, ale nie powalał na kolana) i czegoś, z czego da się zrobić bulgur pilav. Ale wszystkie sugestie będą jak zwykle mile widziane, nie tylko te dotyczące różnych wersji pilavu 😉

Wakacyjne przygody z Turkiem

W ciągu ostatnich kilku miesięcy dostałam od Was tak niesamowitą liczbę maili i wiadomości z pytaniem o to (w skrócie) czy bycie z Turkiem poznanym nad morzem na wakacjach ma sens, że stwierdziłam, że warto ten problem poruszyć publicznie. Ja absolutnie nie jestem ekspertem w tym temacie – jeśli czytałyście mój wpis poświęcony temu jak poznałam mojego Turka to wiecie, że tureckie wakacje odegrały na początku naszej znajomości istotną rolę, ale o Turkach pracujących w turystyce wiem niewiele. Jestem za to pewna, że znajdzie się tutaj wiele dziewczyn, które mają w tej kwestii o wiele większe doświadczenie i może uda się nam zebrać w jednym miejscu kilka wskazówek i informacji na temat tego, co warto i trzeba wiedzieć o Turkach znad morza :)

Może być bardziej słodko? ;)

Może być bardziej słodko? ;)

Miałam okazję rozmawiać na temat Turków z Antalyi i okolic nie tylko z Polkami, często rozmawialiśmy o tych wakacyjnych, międzynarodowych romansach z samymi Turkami, dlatego poniżej trochę moich spostrzeżeń i garść informacji uzyskanych od Turków z różnych części kraju.

Najczęściej chyba słyszałam o tym, że 90% przystojniaków pracujących na wybrzeżu tak naprawdę wcale nie stamtąd pochodzi, dlatego nie można się sugerować kolorowymi ulicami, zatłoczonymi dyskotekami, głośnymi pubami i plażową swobodą – dla większości facetów to zupełnie inny świat niż ten, z którego pochodzą. Z tego, co zrozumiałam często jest tak, że chłopak w pewnym wieku po prostu musi iść do pracy, żeby pomóc utrzymać (często wielodzietną) rodzinę, odłożyć pieniądze na swój własny ślub w przyszłości (bo kto wyda Turczynkę za biedaka bez grosza w kieszeni), a potem wraca do domu, gdzie czeka na niego zaakceptowana przez rodzinę przykładna przyszła turecka gelin. Chłopak trafia na parę lat do zupełnie nowego świata, na ulicach uśmiechają się do niego piękne dziewczyny o rzadko spotykanej w Turcji urodzie, pozwalają na flirtowanie, trzymanie za rękę i często na tym się nie kończy. Nie mówiąc już o tym, że dla wielu dziewczyn nie jest problemem, że chłopak po angielsku umie wydukać tylko “I love you” i “you’re so beautiful”. No w końcu czego chcieć więcej, prawda? 😉

W co drugim mailu czytałam, że “przecież nie można generalizować, nie wszyscy są tacy sami, mój na pewno jest inny”. Jasne, że nie można generalizować, dlatego radziłabym Wam nie planować przeprowadzki do Turcji po tygodniu nad morzem – wypytajcie o rodzinę Turka, o jego wykształcenie, o plany na przyszłość, o to jak wygląda małżeństwo jego rodziców i rodzeństwa, czy siostry są wykształcone, czy noszą chusty, czy rodzina jest religijna i tradycyjna, o to jak często chłopak wraca do domu… Jeśli możecie – jedźcie tam na jakiś czas po sezonie i obserwujcie – czy zostaniecie przedstawione rodzinie i znajomym, czy wizją Waszego Turka będzie to, że to Wy będziecie musiały się przeprowadzić do Turcji (bo “łatwiej”), czy Wasz Turek chętnie Was pyta o Waszą kulturę, uczy się podstawowych słówek po polsku, czy za jego cudownymi, romantycznymi słowami i gestami są jakieś konkrety czy nie… Jeśli wyjdzie Wam, że Wasz Turek pochodzi z religijnej, tradycyjnej rodziny to musicie zakładać, że nic więcej z tej znajomości nie będzie, bo chociaż może się zdarzyć jakiś cud, prawdopodobnie po prostu nie będzie opcji, żeby jego żoną została w przyszłości niemuzułmanka i nie-Turczynka.

Byłabym hipokrytką, gdybym powiedziała Wam, że każdy Turek jest zły i macie uważać, nie przeprowadzać się do Turcji i nie ryzykować – przecież sama przeprowadziłam się do Turcji dla faceta, do tego poznanego w internecie :) Ale najpierw jeździłam tam co chwilę, poznałam całą jego rodzinę i znajomych, sama wyrobiłam sobie grono własnych znajomych, miałam wsparcie rodziny (gdyby nagle trzeba było mnie odbijać z tureckiej niewoli), moja rodzina znała H. i wiedziałam, że w razie jakichkolwiek problemów nie zostanę w Turcji sama.

Podsumowując – rozważając to, czy warto się ładować w związek z Turkiem poznanym na wakacjach pamiętajcie, że prawdopodobnie nie będzie łatwo, bo każdy związek mieszany to orka na ugorze, zwłaszcza jeśli Waszą podstawą jest tydzień spędzony nad morzem czy przy basenie :) zadawajcie milion pytań, obserwujcie i wyciągajcie wnioski, dołączcie do kilku grup na facebooku i wymieniajcie się spostrzeżeniami z innymi dziewczynami – nie jestem w stanie Wam powiedzieć ile razy słyszałam coś w stylu “a Twój Turek tak nie robi?! myślałam, że każdy Turek jest taki jak mój, że to po prostu ich natura” – w grupie jesteśmy silniejsze i wiemy więcej 😉

No i mam nadzieję, że znajdzie się kilka dziewczyn, które są w szczęśliwych związkach z “wakacyjnymi Turkami” i które będą mogły podzielić się z nami przydatnymi informacjami i wskazówkami :)

Przygotowania do tureckiego wesela

Za nami jeden z bardziej szalonych ślubów cywilnych jakie mogłabym sobie wyobrazić, ale szaleństwo się nie kończy, oj nie – przed nami wesele w Turcji! Szczerze mówiąc już teraz wiem, że znajdą się przynajmniej trzy osoby, które będą twierdzić, że dopiero po tureckiej imprezie będziemy “prawdziwym” małżeństwem i że to data wesela będzie naszą “prawdziwą” rocznicą ślubu w przyszłości.

wstazka
Impreza odbędzie się pewnie latem, bo mamy na liście gości parę osób z różnych części świata i musimy wszystkim dać odpowiednio dużo czasu na rezerwacje biletów lotniczych i inne tego typu formalności, ale powoli zaczynamy się zastanawiać jak to wszystko zorganizować.

Ja osobiście nie jestem fanką tureckich wesel – imprezy trwające trzy godziny, z przydziałową michą pilavu z kurczakiem na łebka i butelką coli na stół, z panną młodą całą w brokatach i z półtoragodzinnym zbieraniem złota. To nie dla nas, poza tym żal by mi było ściągać rodzinę i znajomych z całej Europy dla tych trzech godzin i stania w kolejce do obowiązkowego zdjęcia z gelin i ze złotem 😉

W tej chwili mamy kilka opcji i pomysłów odnośnie miejsca, ale wiemy jedno – ma być z luzem, ma być wesoło, ma być na świeżym powietrzu i bez żadnych kolejek czy czerwonych szarf w talii. Myślimy też, żeby podzielić całą imprezę na dwie części – pierwsza będzie bardzo halal, bez alkoholu i z zakrytymi kuzynkami i ciotkami H., za to druga, po ich wyjściu – z alkoholem i bardziej polskimi szaleństwami.

Taki jest ogólny zarys, ale oczywiście pozostaje jeszcze milion drobiazgów – wszystkie zwyczaje, tradycyjne polskie i tureckie elementy weselne (noc henny przed ślubem, rzucanie bukietem/welonem itd.) które pewnie w jakiś sposób będziemy chcieli w ten nasz weselny piknik wpleść. Wiem, że np. na podeszwach butów panny młodej spisywane są imiona jej niezamężnych znajomych i te dziewczyny, których imiona się zetrą będą wkrótce same wychodzić za mąż, myślałam też, żeby tę nieszczęsną czerwoną wstążkę wkomponować w imprezę np. jako element tortu. Wiem też, że dziadkowie H. bardzo chcą, żebym była “zabierana” od nich z domu, skoro nie mam w Turcji swojego własnego.

Ja oczywiście wszystkich zwyczajów nie znam (nie znam pewnie nawet 10%), więc będę bardzo wdzięczna jeśli mi w tym pomożecie – jakie znacie zwyczaje, i polskie i tureckie, które warto w takim mieszanym weselu uwzględnić? Macie jakieś znienawidzone zwyczaje? 😉 Jeśli jesteście już po własnym polsko-tureckim weselu to chętnie przeczytam o tym jak Wy to rozwiązaliście, na co warto zwracać uwagę, o czym pamiętać, czego nie da się przeskoczyć, a z czego można zrezygnować. Mocno się kłóciłyście ze swoimi mamami/teściowymi czy nie było w tych kwestiach problemu? Jak zwykle – chcę wiedzieć wszystko i wszystko z przyjemnością przeczytam :)

W grupie raźniej

Jak fajnie żyć w czasach, w których nie musimy się czuć samotni i wyobcowani. Niezależnie od tego, czy planujemy skok ze spadochronem, chcemy nauczyć się hiszpańskiego albo przeprowadzić się do Turcji w internecie na pewno jest ktoś, z kim możemy na ten temat porozmawiać, wymienić się opiniami i znaleźć odpowiedzi na nurtujące nas pytania.

facebook-groups

To dzięki internetowi dowiedziałam się, że nie jestem jedyną szaloną dziewczyną, która nagle zakochała się w Turku i chce sobie z nim ułożyć życie. Wiem, że brzmi to trochę absurdalnie, ale niejeden raz podkreślałam, że przyjeżdżając do Turcji po raz pierwszy absolutnie nie wiedziałam czego się spodziewać (myślałam, że telefony komórkowe to w Turcji dobro luksusowe i że na pewno nie dostanę tam patyczków kosmetycznych), a okazało się, że są takie zakamarki w internecie, gdzie można znaleźć całkiem sporo szalonych “Turczynek”.

Teraz jest jeszcze łatwiej – na facebooku jest mnóstwo grup zrzeszających zarówno fanów Turcji wakacyjnej jak i osób, które mieszkają tam na stałe. Dopiero teraz, w momencie, w którym te grupy stają się coraz bardziej popularne i prawie co tydzień jestem zapraszana do kolejnej uświadamiam sobie jak dużo nas jest!

Ja mam to niesamowite szczęście, że przez parę ostatnich lat udało mi się poznać bardzo dużo świetnych dziewczyn związanych z Turcją i teraz nie muszę spędzać godzin na googlowaniu przepisów wizowych albo innych równie ciekawych rzeczy – wystarczy wysłać wiadomość albo spytać przy okazji jakiegoś spotkania. Ale wiem też, że nie każda “Turczynka” jest w takiej sytuacji, zwłaszcza, jeśli miłość do Turcji albo Turka dopiero się zaczyna :)

Mam też wrażenie, że coś dziwnego dzieje się między prawdziwym życiem w Turcji i relacjami między dziewczynami, które tam mieszkają a tym, co dzieje się w internecie. Czepianie się, docinki, głupie komentarze, narzekanie, że ktoś narzeka i zmuszanie do tego, żeby doceniać to co mamy… Gdybym nie miała okazji wyjść z paroma dziewczynami na piwo czy herbatę, gdybym nie wiedziała, że w Turcji jest mnóstwo (naprawdę mnóstwo!) fantastycznych osób z pasją, kreatywnych, mądrych, inteligentnych, pomocnych i niesamowicie przyjacielskich pewnie bym się mocno przeraziła po lekturze tych wszystkich grup :)

Dlatego jestem ciekawa jaka jest Wasza opinia na ten temat i gdzie Wy szukacie pomocy, kiedy macie problem, który tylko inna “Turczynka” będzie mogła zrozumieć? Macie już swoje własne grono znajomych czy nadal internet jest Waszym najlepszym przyjacielem?

1 2 3 4 5 22